piątek, 22 stycznia 2010
potrzeby ostateczne
Każdego dnia zajmujemy się naszymi potrzebami. Co kupić n obiad, jaki ciuch sobie zafundować za mniejszą lub większą pensję jaką posiadamy. Zwykle jednak nie zastanawiamy się nad potrzebami niematerialnymi. One nie są tak oczywiste albo są za oczywiste. Konformizm poparty zwyczajem społecznym nakazuje nam szukanie partnera, który jest czasem realizacją potrzeby miłości, a czasami zapewnieniem braku samotnego wieczoru. Potrzeba posiadania dzieci odczuwana przez kobiety narasta wraz z wiekiem kiedy koleżanki wokół nagle zdobywają się na przejście do roli matki. Pytanie jest jednak inne.... czy trzeba się godzić na takie zasady. Czy można być szczęśliwy łamiąc ten schemat? Czy można być szczęśliwym będąc singlem (ten temat dedykuje koledze)? A może warto się zastanowić nad kompletnym złamaniem schematu? Jednak do tego wszystkiego potrzebna jest odwaga, a tę ważną część charakteru nabywamy z wiekiem i choć czuje się dużo doroślejszy niż cztery lata temu nadal mam wrażenie bycia dużym dzieckiem. Tylko, że dzieckiem pozbawionym marzeń, bo kiedyś pewna osoba moją wizję życia wyśmiała. No cóż przynajmniej od tamtej pory nie mam żadnych stałych planów. "Bierz życie jakim jest. Na drugie nie masz szans". Dewiza do siedemdziesiątki, bo w tym momencie wszystkie możliwe osiągnięcia ludzkie wydają mi się błahe i śmieszne. Tylko jakie są moje potrzeby?
piątek, 08 stycznia 2010
delegacje...
Niektórzy mi tych delegacji zazdroszczą, bo ponoć można pojeździć sobie pociągami za darmo, tylko nie pamiętają, że Express InteCity w tym kraju nawet się spóźniają albo mają zimne wagony (zepsute ogrzewanie). Inni uważają, żeby się ze mną nie zamienili, bo im się nie chcę ruszyć tyłka z Warszawy:D Ja uważam wypady do Poznania, Opola, Poznania ponownie, Wrocławia, a niedługo do Lublina (w najbliższą środę) jak miły przerywnik w urzędniczej chałturze. Czasem miło również wykorzystać wypad w celach prywatnych - Skawina i Wolbrom. Fajnie również czasem poznać funkcjonowanie ludzi w różnych zakątkach tego pięknego, lecz dziwnego kraju. Po trzydniowej wizycie we Wrocku doszedłem do wniosku, że nikt mnie nie przekona do wyższości stolicy Dolnego Śląska nad Warszawą. Miasto nad Wisłą jest po prostu większe i ciężej znaleźć piękne zakątki, ale ma swoje śliczne kawałki o których już wcześniej pisałem. Zresztą czym się różnie mieszkanie w bloku w pięknym Wrocławiu od mieszkania w płytowcu w Warszawie? PS. Dworce zarówno w Poznaniu jak i Wrocławiu śmierdzą (ten poznański bardziej) i jedyna przewaga wrocławskiego nad dworcami w Warszawie to piękny wygląd zewnętrzny, ale budynek kolejowy w stolicy Wielkopolski tak fajnego wyglądu już nie ma, a śmierdzi "wyśmienicie".
czwartek, 24 grudnia 2009
sny
Wigilijna noc jest dobrym czasem do wspomnień z ostatnich tygodni. Ostatnie moje noce wyglądają jak walka Dawida z budzikiem (od poniedziałku do piątku o 6:25, bólem pleców (pewne łóżko w pewnym miasteczku na północ Warszawy w tym góruje, bo jest strasznie twarde) i dziwnymi snami. Jako, że pierwsza i druga z wymienionych rzeczy nie jest interesująca wspomnę o trzeciej. Od dzieciństwa miałem dziwne sny. Raz walczyłem jak rycerz, innymi razy torturowano mnie w jakiejś celi, względnie ginąłem uciekając przed helikopterem. Jednakże ostatnio trzy noce z rzędu miałem atrakcji pod dostatkiem. Najpierw znowu mnie torturowano, następnie organizowałem jakieś wesele, a na końcu miałem w ręku kartkę z wynikami z których wynikało, że mam raka płuc (miałem tego świadomość w śnie). Nie wierzę w faktotwórcze działanie snów, ale tym ostatnim snem przeraziłem się nieco, bo przecież w styczniu lekarze mieli podejrzenie w szpitalu, że mam ziarniaka. Jednakże po kilkunastu minutach po przebudzeniu doszedłem do tego, że będzie co ma być. Kilka już "przygód" w życiu przeżyłem, więc jak nawet kiedyś przytrafi mi się coś takiego przyjmę to zgodnością,;D choć wolałbym kiedyś rzeczywiście wybudować dom, zasadzić drzewo i spłodzić syna. Tylko czy to nie trywialne marzenia jak na wigilijną noc...Może powinienem zamarzyć sobie aby w Polsce można było mieć dwie żony;) tylko czy choć jedna by mnie chciała...
niedziela, 22 listopada 2009
Cztery listopady....
.... burzliwych uczuć. Od dzisiaj jestem bliżej 27 urodzin niż dwudziestych szóstych. To nie znaczy, że się tylko starzeje, ale również wspominam poprzednie listopady, a szczególnie okolice 22 dnia tego miesiąca. Jako dzieciak miałem w ten dzień niezwykłe przeżycia o których jednak będę milczał. Od trzech lat listopad to "wstęga" ciągnąca się nie wiadomo gdzie. 2006 kompletne dno, w 2007 roku byłem całkiem szczęśliwy i w oba te lata dokładnie pamiętam 22 listopada. Rok temu nie wiem co dokładnie wówczas się działo, ale bynajmniej nie byłem szczęśliwym bezrobotnym, raczej zasmuconym. Teraz jestem zmieszany, ale nie wstrząśnięty. Życie szykuje człowiekowi mnóstwo pułapek, mnóstwo ryzykownych wyborów, które prowadzą lub nie do realizacji własnych potrzeb życiowych. Może w następnym roku będę 22 listopada mądrzejszy. Teraz błądzę wśród potrzeb, powinności i pragnień.
poniedziałek, 02 listopada 2009
ukraińska grypa
Zaczęło się dawno, dawno temu w Meksyku... dobra, to nieprawda. Zaczęło się kilka miesięcy temu w Meksyku. Powstała wtedy nowa odmiana, popularnej, dość często śmiercionośnej, chociaż wielu w to nie wierzy,m choroby. Grypa opanowała Meksyk w taki sposób, że mecze piłkarskie za którymi Meksykanie szaleją bardziej niż kibice Legii Warszawa za wolnością obrażania właścicieli ITI, zostały odwołane. Grypa rozpierzchła się następnie po świcie, nie powodując większych pokładów ludzkich grobów. Na tym historię tą można byłoby zakończyć, gdyby grypa ta zwana świńska, ponieważ zwykle atakuje trzodę chlewną, nie dotarła nad Dniestr. Tam trafiła na podatny grunt służby zdrowia w którą nie zainwestował Jurek Owsiak i WOŚP, w której nie ma wystarczającej liczby respiratorów, a kilkudniowa panika spowodowała pustki w aptekach. Nie często zgadzam się z Minister Ewą Kopacz, ale grypa meksykańska, świńska czy teraz pewnie w Polsce znana jako ukraińska, nie jest groźniejsza od zwykłej. Jak ktoś się nie wyleczy ze zwykłej, ludzkiej grypy i zapadnie na zapalenie płuc, też może zejść w zaświaty, gdzie spotka wszystkich świętych lub nie. Jako człowiek, który taką grypę w styczniu tego roku przechodził napiszę, że to nie takie trudne. A później pielęgniarz w szpitalu żartuje z Ciebie, że miałeś 40.9 C i blisko było w zaświaty. Reasumując: Juszczenko, Tymoszenko i Janukowycz powinni zakupić trochę respiratorów i zreformować służbę zdrowia, aby nie wyglądała gorzej od polskiej, bo inaczej liczbę ofiar, nawet zwykłej grypy będą liczyć w tysiącach. Ciekawe tylko, czy Ich Troje w końcu zrozumie, że poza ich tyłkami jest jeszcze kilkadziesiąt milionów rodaków, w tym pięknych, ukraińskich dziewczyn;D
wtorek, 20 października 2009
środa, 07 października 2009
jesień
Nie mielibyście czasem ochoty, aby wiosna i lato trwało cały rok? Patrząc na dzisiejszy poranek w Warszawie ja z pewnością chciałbym. Miałbym ochotę żyć w ciepłym klimacie, gdzie temperatura nie spadałaby nagle z 26 stopni na 10, a także na odwrót. Powoduje tylko u mnie ciągłe przeziębienia. Mam niesamowitą ochotę wynieść się nie jak niektórzy, tylko z Warszawy, ale także z tego pięknego kraju. Może pięknie jest oglądać zimę i wiosnę i lato i jesień na okrągło, ale po co jak nie lubię zimy? Tylko nie mam się gdzie wybrać za bardzo. Znam praktycznie angielski na takim poziomie, aby się dogadać z cudzoziemcami. Do Anglii za nic w świecie nie chcę, bo tam brzydziej, Ameryka to jeden wielki terrorysta, a Kanada, choć liberalna, to z klimatem gorszym niż Polska. Australia, choć jest w moich marzeniach jest bardzo daleko. Zresztą jak przekonać swoją drugą połówkę do wyprawy na Antypody. Może, więc nie uciekać z Polski, a wybrać się w góry. Przecież nawet w Karkonoszach czuje się świetnie. Może coś, co poznałem dzięki poprzedniej miłości, w wieku 20 lat, jest moim przeznaczeniem? Cel w życiu jest ważny, a mój cel to bycie szczęśliwym, bo przetrwanie tego gatunku zapewnią inni:D
niedziela, 09 sierpnia 2009
Melinda i Melinda z U2
Na początku od końca, choć chronologicznie od początku, czyli o koncercie. Wrażenie pozostawione po wydarzeniu na Stadionie Śląskim było warte 140 złotych od "łepka", a nawet więcej (niektórzy przecież zapłacili ponad tysiąc. Najmniej ciekawa była podróż autokarem do Chorzowa i z powrotem, a dokładniej pomysł, by zaparkować autobus w środku Chorzowskiego Parku Kultury. Gdzieś między jednym zgrupowaniem drzew, a drugim. Miejsc parkingowych nie było przecież za wiele. Żywa flaga w czasie koncertu była niesamowita, jednakże chyba największe wrażenie zostawiło we mnie "morze" światełek z telefonów komórkowych. Scena rzeczywiście była niesamowita, mimo tego, że siedzieliśmy na łuku stadionu nie czuło się, że jest kiepski widok. A Bono wraz z zespołem dali czadu. Więcej wrażeń, chyba słowami nie obejmę. Napisze tylko, po czesiowemu, że było zajebiaszczo:) Wczoraj za to odbył się allenowski wieczór filmowy. Film pod sławnym tytułem "Wszystko co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać", po obejrzeniu kilka tygodni temu w Kinotece "Bruna" nie wywarł większych emocji. Ja zachwyciłem się za to filmem "Melinda i Melinda". Oglądałem go lata temu w kinie (tym samym co "Bruna" zresztą), jednak nie rozumiałem wówczas wielu rzeczy i historii z tego obrazu Allena. Może dlatego, że do zrozumienia pewnych rzeczy trzeba naprawdę dorosnąć i dostać w kość. Wiem tylko, że jak oglądałem ten film po raz pierwszy to wydawał mi się gorszy niż wcześniejsza "Klątwa skorpiona", a według mojej obecnej oceny tak nie jest. Chociaż niektórzy na nim posnęli.
środa, 05 sierpnia 2009
sens czegoś według kogoś
Ma być dzisiaj bardzo kontrowersyjnie, więc zacznę: sens życia jest do kitu. Resztę można sobie dopowiedzieć, bo naprawdę warto się dowiedzieć o co naprawdę chodzi z tym życiem. O przyjemności czy wyrzeczenia, o dzieci czy święty, błogi spokój, o małżeństwo czy radość z seksu. Zdecydujcie sami, ja się tymczasem zajmę koncertem U2 na Stadionie Śląskim. Chciałem jechać, więc jutro się wybieram. Jakbyście mnie rozpoznali w tłumie, to uciekajcie, bo mogę być niebezpiecznie szczęśliwy. Jak już pisałem cztery lata temu nawet nie miałem szans zdobyć biletów, teraz już je mam (abym tylko ich nie zapomniał). Czego oczekuję? Chciałbym mieć z tego koncertu takie wrażenia jak z Perfectu z 1999, Republiki z 2001 i Myslovitz z 2007 roku. Jak będę mieć to znaczy, że koncert się udał. A czy będzie zestaw moich ulubionych przebojów U2? Nie wiem, bynajmniej te najpopularniejsze na pewno (patrz koncert z Barcelony z 30 czerwca 2009). Nie wiem też czy dostosuje się do "robienia flagi", bo białych koszulek nie mam za wiele. Bynajmniej na koniec piosenka U2, którą pamiętam w chwili kiedy jeszcze była nowa. The Ground Beneath Her Feet.
niedziela, 26 lipca 2009
Bezduszność śmierci
Czasami zastanawiam się ile prócz marnego ciała zostaje po nas po śmierci. Czy zostają wspomnienia najbliższych? Jak tak to na ile czasu to starcza? Czym w ogóle różnimy się od zwierząt? Czasami myślę, że niczym. Większość ludzkości pojawia się na tym "ziemskim padole", by przedłużyć gatunek. A nuż, w którymś pokoleniu pojawi się Einstein czy Kennedy. Tylko jeżeli tak jest jaką wartość ma ludzkie życie. Zawsze miałem i mam nadzieję, że wielką. Ze to co zrobię, w kim się zakochałem kiedyś, kocham się teraz, zostawia jakiś ślad na Ziemi. A jeżeli to wszystko ginie w sześciu miliardach ludzi? Jaki jest wtedy cel życia? Może warto zastosować coś z teorii "hulania z uwagi, że piekła nie ma"? Z własnej strony chciałbym tylko żyć w zgodzie z własnymi pragnieniami. Pytanie jest tylko jakie one są, bo mieszkanie z czwórką dzieciaków jako sąsiadów z dołu zraziło mnie kompletnie do posiadania potomstwa. Dobrze, że nie tylko mnie. Pod tym względem teraz się zgadzamy, ale ogólnie ja z marzeniami nadal jestem jak dziecko. Chcę spełniać te najdalsze, bo w tym widzę sens życia. Nie w pamięci innych. |